niedziela, 7 września 2014

Rozdział XIII

Weszła do środka niepewna nieznanego. Po kilku krokach zauważyła, że w tak zwanych ,,ścianach" tego ,,tunelu" było dużo szpar, które wpuszczały światło słoneczne, tak więc nie było tutaj ciemno, ani strasznie. Może tylko trochę niepewnie...
 Jednak do kwiatów na głową jeszcze można się przyzwyczaić. Tak samo jak i do wszechobecnego koloru zieleni. Iść przed siebie to przecież żadna sztuka. Nie było tylko pewne, czy Shantis szła w dobre przed siebie, czy w te złe...
Tak właściwie, w danej chwili nie było to na tyle istotne, żeby się tym przejmować. Bardziej istotne miało stać się dopiero za jakiś czas.

Wierzcie, lub nie, ale po jakimś czasie przed Shantis pojawiło się małe odgałęzienie. Na szczęście było One jedyne. Niestety, kiedy nie wiesz gdzie jesteś oraz w która stronę jest twoja wataha i natrafisz na rozgałęzienie w tunelu z liści nie zdajesz sobie sprawy, że to możne być jedyne.
Shantis czytała już kilka książek i była pewna, że kiedy pojawia się pierwsze rozgałęzienie, to muszą być i kolejne. Tak, więc kiedy zobaczyła ową rzecz, można śmiało powiedzieć, że się przeraziła. Nie była pewna, w którą stronę ma iść i miała szczerą chęć zrezygnować. Tak  właściwie dopiero teraz zauważyła, że mocno zboczyła z kursu i nie za bardzo wie, gdzie tak właściwie jest. Dlatego też, zrobiła to, co jako, jednak trochę rozsądny wilk, w końcu zrobić musiała. Zawróciła.* Gdyby tylko wiedziała co czeka Ją za tym rozgałęzieniem... Nie zrezygnowała by tak łatwo.

Zawróciła, czy poszła wstecz, za siebie (jak tam wolicie), grunt, że z powrotem znalazła się w tylnej części tunelu z liści, a następnie zaczęła przedzierać się przez krzaczory. Kiedy nareszcie z powrotem znalazła się na polance, zauważyła, że słońce zmieniło swoje położenie.**
- Już późno... - pomyślała - Ile czasu tam byłam? To nie mogło być, aż tak długo.
- W sumie to jestem zmęczona. Nawet bardzo... I nie mam ochoty na kolejne przedzieranie się przez krzaczory. Powinnam już wracać, ale przecież, muszę jeszcze zajść do watahy Okami'ego... Chociaż tak właściwie, to przecież mogę im powiedzieć, że nie było go w domu. Tak! Ale to będzie przecież kłamstwo... - myślała intensywnie - No, ale przecież nawet nie wiem, czy On w tej watasze jest, czy go nie ma! Ale w takim razie...istnieje możliwość, że go tam właśnie nie ma!
Tak, więc Shantis udała się w stronę dróżki, którą tutaj przyszła, mając nadzieję, że dojdzie do swojej własnej watahy jeszcze przed zachodem słońca. Dopiero teraz miała chwilę czasu, żeby się zastanowić nad wydarzeniami z kilku poprzednich minut, które dziwnym trafem zamieniły się w godziny.
- Tak właściwie, to jak to możliwe, że spędziłam tam, aż tak dużo czasu? - zastanawiała się - Byłam tam na pewno nie dłużej jak 15 minut. Natomiast minęło około kilku godzin, albo i więcej!
Nie zastanawiała się jednak na tym zbyt długo, ponieważ już chwile później zauważyła, że nie pamięta, którędy przyszła.
- No świetnie! - zawołała - Przecież idąc tutaj skręciłam w złą stronę! I teraz już kompletnie nie wiem gdzie jestem -_-
- Albo mam fatalną orientację w terenie, albo po prostu nie skupiam się na tym na czym powinnam. - pomyślała z żalem. - I to chyba jednak to drugie... Chociaż nigdy nic nie wiadomo.
Słonce powoli chyliło się ku zachodowi, więc nie było czasu na namysły, a Shantis szybko zawróciła i z powrotem znalazła się na polance czterech stron świata.
- Jak pech to pech! - pomyślała - Dobrze, tak więc najstosowniej będzie chyba sprawdzić wszystkie drogi i tak jak w Jasiu i Małgosi zaznaczać drogi, którymi już szlam. Cóż... tyle, że nie bardzo mam czym oznaczać. Kamienie się raczej nie przydadzą... - szybko rozejrzała się dookoła, ale nie zauważyła niczego co mogło by się nadawać. - No cóż, w takim razie będę musiała poradzić sobie bez tego! Mam przecież swoją głowę! Najpierw sprawdzę tę ścieżkę prowadzącą na północ.

Jak pomyślała tak zrobiła, ale tym razem bacznie rozglądała się na boki zapamiętując rożne elementy charakterystyczne i pomocne w razie powrotu na polankę czterech stron świata. Kiedy napotkała pierwsze odgałęzienie, chwilkę się zastanowiła, ale po namyśle wybrała ścieżkę w prawo.
- Później tutaj wrócę i sprawdzę tę w lewo. - obiecała sobie Shantis - Jeśli będzie taka potrzeba! - dodała szybko.
Nie było wiadome czy droga w prawo to był dobry wybór, ale Shantis nie mogła odnaleźć żadnej charakterystycznej roślinki, a wszystkie drzewa wydawały się takie same. Trochę zaniepokoił ją ten fakt, ale nie na tyle żeby zawrócić. I tak nie wiedziała gdzie dokładnie znajdowała się polanka czterech stron świata, ani jak do niej dojść ze swojej watahy. Na szczęście wiedziała jak dojść z tego miejsca do tej właśnie polanki, tyle, że jak pewnie zdajecie sobie sprawę, w takiej sytuacji nie było to zbyt pomocne i chociaż Shantis nie traciła zimnej krwi, to nie mogła powstrzymać zachodzącego słońca i zionących zewsząd ciemności. A im niżej słońce, tym mniej tej pewności siebie...
Chciała dojść gdziekolwiek, byle by tylko wyjść z tego lasu, jednak na razie nie było takiej możliwości. Wydawało by się, że idzie tak wieczność, więc postanowiła zawrócić i sprawdzić ścieżkę w lewo. Jednakże kiedy odwróciła głowę, nie zobaczyła nic. Nic oprócz przeraźliwych ciemności.
Przeszedł ją dreszcz i zastygła w bezruchu. Nie miała pojęcia co robić, a cały jej wspaniały plan wziął w łeb i zawalił się pod ciężarem tych ciemności. Nie zobaczyła niczego co mogło wydawać się znajome, a wszystkie elementy, które zapamiętała przykrył mrok. Chwilę stała myśląc bardzo intensywnie. W końcu odetchnęła i zrobiła krok w kierunku tych ciemności. Nic się nie stało, a świat się nie zawalił, jednak i tak nie czuła się zbyt pewnie idąc naprzód i widząc jedynie czubek własnego nosa. Usilnie wpatrywała się w ciemność przed sobą, ale w końcu dała spokój i zaczęła uważnie patrzeć pod nogi, nie chcąc przegapić rozgałęzienia, przez które wcześniej przechodziła.

Shantis szła z opuszczonym łebkiem już z pół godziny, a kark bolał ją tak bardzo, że nawet tego nie czuła. Nie miała siły podnieść głowy, dlatego ciągle i bez przerwy patrzyła się w ziemię i wypatrywała rozgałęzienia tak mocno i uporczywie, że jakiś czas już nie mrugała. Chyba najlepiej by było gdyby podniosła wreszcie wzrok, ponieważ kiedy, tak patrzysz i patrzysz się w jeden punkt, ciągle i bez przerwy i do tego jeszcze idziesz, bardzo możliwe jest, to że...
- Aua! - zawołała Shantis, która właśnie wpadła na drzewo
No i właśnie o tym mówiłam... -_-
Chociaż może to i lepiej, ponieważ kiedy Shantis uderzyła się w głowę to, wreszcie, nareszcie ją podniosła. Jednak, kiedy spojrzała w górę i ujrzała mroczny mrok*** od razu opuściła ją z powrotem... Tak... -_-
Utkwiła wzrok w ziemi wściekła ze swojej bezradności.
- Dlaczego, jeszcze nie ma tego rozgałęzienia! - pomyślała roztrzęsiona z przemęczenia - Przecież już powinno tutaj być! Nawet nie wiem gdzie dokładnie jestem i czubka własnego nosa już nie widzę!
Wściekłość przerodziła się w smutek, a smutek owionął ją zewsząd. Nie miała już siły iść, ale coś w środku kazało jej się nie poddawać. Dlatego ruszyła dalej powłócząc nogami, które już nie chciały jej słuchać.
Szła tak jeszcze z 10 minut, aż w końcu doszła do zapamiętanego rozgałęzienia. Gdyby miała więcej siły podskoczyła by z radości i krzyknęła na cały las, ale w takiej sytuacji obiecała sobie tylko-
- Nigdy więcej!
Jednak to nie był jeszcze koniec. Musiała teraz wybrać. A zły wybór mógł zmienić absolutnie wszystko.
Jako rozsądna osoba z całą pewnością poszła by z powrotem na polankę czterech stron świata, jednak jako osoba wyczerpana prawie do granic możliwości, którą głód ściskał za żołądek, nie zastanawiała się prawie w ogóle. Po prostu poszła tam gdzie ją łapy poprowadziły. A na jej nieszczęście (a może i szczęście), łapy poprowadziły ją na lewą ścieżkę (czyli na tę, której jeszcze nie sprawdzała, ale miała to zrobić później).
Jeśli ktoś jest spostrzegawczy zauważył by, że Shantis przyspieszyła, jednak mniej spostrzegawczy ludzie, raczej nie dojrzeli by żadnej różnicy.
Suczka szła w podobnym stanie co wcześniej, tyle że z trochę większą nadzieją patrzyła przed siebie. No tak, tyle że przed Nią byłą jedynie ciemność.

Szła już około 20 minut, kiedy zobaczyła przed sobą...drzewa. Tak, tak i wy byście się załamali. Niestety Shantis straciła już właściwie cały swój zdrowy rozsądek. Jednak i tak dojrzała małą ścieżkę odchodzącą na prawo, więc cudem znalazła w głowie jeszcze trochę inspiracji i wyszukała błachy powód dla tego, co właśnie robiła. Poszła w tamtą stronę.
Jak widać miała jednak trochę szczęścia, ponieważ chwilę później natrafiła na kolejną ścieżkę i chociaż teraz już kompletnie nie wiedziała gdzie idzie, to i tak ruszyła tam gdzie biegła ścieżka.
Księżyc świecił na niebie i nadawał nocy wyraz trochę mniej strasznej, a gdyby Shantis siedziała teraz w swojej kochanej jaskini zapewne pomyślała by
- Och, jaka piękna noc!
Niestety aktualnie nie siedziała w swojej jaskini i nie mogła zachwycać się nocą, ponieważ każdy nawet najmniejszy skrawek sił jaki jej jeszcze pozostał wykorzystywała do przekonania swoich nóg do dalszego marszu. A tych sił nie zostało jej dużo...
Szła tą ścieżką jeszcze chwilę, ale zatrzymała się widząc kolejne rozgałęzienie, a łepek opadł jej jeszcze niżej.
- To na nic... - pomyślała, a łzy duszone przez kilka godzin wypłynęły na wierzch. Stanęła sama pośrodku lasu zrezygnowana i bezradna. Straciła już wszelką nadzieję, wszelkie powody i cały zapał do działania, nie miała już inspiracji, chęci ani wiary w siebie. Była głodna i wyczerpana.
Podczas tego stanu miła wizję. Wizję białego wilka. Biały wilk nic nie mówił, ale już po jego oczach mozna było domyślić się wszystkiego.



Kiedy Shantis się przebudziłą jakaś inna siłą popchnęła ją, najpierw lekko, a potem coraz mocniej i natarczywiej w stronę dróżki w lewo. Shantis ruszyła w tamtą stronę, ponieważ nie miała siły się jej opierać, ale to już nie była Ona, tylko ta niewidzialna siła, która pchała ją cały czas i nie pozwalała stanąć.
W pewnej chwili po prostu puściła, a Shantis prawie upadła na ziemię. Jednak utrzymała równowagę i podeszła kilka kroków przed siebie. Nie czuła swoich nóg, więc nie stawiały oporu. Wszystko widziała jak przez mgłę i nie mogła odróżnić mniejszych elementów. Przystanęła na chwilę, a ta sama siła znowu zaczęła ją pchać. Shantis powlokła się przed siebie, właściwie o niczym już nie myśląc. Spuściła głowę w dół i wypatrywała przez zamglone oczy śladów nie wiadomo czego. Szla tak jeszcze kilka minut, cały czas pchana przez niewidzialną siłę, ponieważ sama dała za wygraną już jakiś czas temu. Ze spuszczonym łebkiem i wzrokiem utkwionym w ziemi, wlokąc nogi za sobą i zamiatając ogonem ziemię wyglądała jak skazaniec idący na egzekucję.
Nie wiadomo co widziała Shantis, ale biorąc pod uwagę zamglony wzrok wbity w ziemię i na wpół zamknięte oczy, można wywnioskować, że niewiele. A już na pewno nie to co było przed Nią. Może gdyby to było drzewo w porę by się zatrzymała, ale nie. Owy obiekt bowiem się poruszał.
Shantis nie zauważyła dodatkowego cienia, który zbliżał się do niej. Zobaczyła czarną plamy przed sobą, dopiero kiedy była już na tyle blisko, że kiedy podniosła głowę i zobaczyła czym owa plama jest, nie zdążyła się zatrzymać i wyrżnęła o Okami'ego, który był tak bardzo zdziwiony, że nie zareagował, ani się nie odsunął kiedy Shantis podniosła głowę.
Podniosła łebek z ziemi i nie mogąc skojarzyć faktów, powoli wstała. Niestety, była już tak morderczo zmęczona, że tylko drugi raz spojrzała na wilka, a zakręciło jej się w głowie, zatoczyła się i upadła z przemęczenia.

*Pewnie mieliście nadzieję, że tego nie zrobi, ale tak dobrze to nie ma. z tym wiąże się jeszcze większa tajemnica.
** Tak, tak... miała już lekcje z astronomii i wiedziała dużo o położeniu gwiazd i ciał niebieskich.
*** xD Tak, wiem, wiem, ale przecież ja tylko staram się pisać to z chumorem

Uwaga!! Ogłaszam, ze nowe rozdziały będą się ukazywały regularnie co tydzień-w każdy weekend. Jezeli nie zrobie w jakis weekend powinny pojawic sie w tygodniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz